Kazał strzelać nawet do dzieci. Po wojnie... został stróżem prawa

Szesnaście osób – ośmioro Polaków i ośmioro Żydów zginęło zaraz po sobie tylko dlatego, że Niemcy dzielili ludzi na „wartych i niewartych życia”, a za wszelką pomoc, jaką świadczono wykluczonym i prześladowanym, zabijali całe rodziny. 79 lat temu ich ofiarami padli Ulmowie i ukrywani przez nich Żydzi.

Markowa na Podkarpaciu. Tu w nocy z 23 na 24 marca 1944 roku wydarzył się niewyobrażalny dramat niewinnych osób. Niemcy byli tego dnia dosłownie panami życia i śmierci. Jeszcze nie wstał świt, gdy niemieccy żandarmi okrążyli gospodarstwo Józefa i Wiktorii Ulmów. Rozkazy wydawał por. Eilert Dieken – szef posterunku żandarmerii w niedalekim Łańcucie. Pomagało mu czterech innych Niemców: Josef Kokott, Michael Dziewulski, Gustaw Unbehend i Erich Wilde.

U Ulmów zjawiło się też kilku tzw. granatowych policjantów (funkcjonariuszy utworzonej przez Niemców formacji Polnische Polizei im Generalgouvernement, w której służyli Polacy). Od jednego z nich – Włodzimierza Lesia – wszystko się zaczęło. To on najprawdopodobniej doniósł Niemcom na Ulmów…

Najpierw z rąk Niemców zginęło ośmioro Żydów – członkowie rodzin Szalów i Goldmanów, w tym matka z małym dzieckiem. Później przyszła kolej na Polaków. Oprawcy wyprowadzili wielodzietną rodzinę przed zabudowania. Pierwszy od kuli zginął Józef Ulma – 44-letni żywiciel rodziny. Niemcy strzelili też do młodszej o 12 lat żony gospodarza, Wiktorii. W chwili śmierci była w ostatnim miesiącu ciąży.

Nastąpiła chwila przerwy, bo kaci nie wiedzieli, co zrobić z dziećmi zamordowanego małżeństwa. Ale Dieken szybko rozwiał ich wątpliwości rozkazując strzelać. W krótkich odstępach czasu Niemcy zabili jeszcze: 8-letnią Stanisławę, 6-letnią Barbarę, 5-letniego Władysława, 4-letniego Franciszka, 3-letniego Antoniego. Najmłodsza ofiara – Maria – miała zaledwie 1,5 roku…

Patrzcie, jak giną polskie świnie, które przechowują Żydów! – wykrzyknął żandarm Josef Kokott, najwyraźniej dobrze bawiący się przy masakrze Polaków, którzy dali schronienie żydowskim potrzebującym. Sam z zimną krwią zamordował kilkoro dzieci.

Gdy było już po wszystkim, oprawcy urządzili alkoholową libację. Potem okradli zwłoki i… po prostu odjechali. – Tego mi było potrzeba – rzucił Kokott, przywłaszczając sobie kosztowności znalezione przy zwłokach Goldy Goldman.

Posterunkowy Leś – jak wynika z relacji komendanta Batalionów Chłopskich Stanisława Kojdera „Hela” – ukradł kurtkę zamordowanego Józefa Ulmy. Pół roku później już nie żył – zginął z rąk polskiego podziemia.

Ale niemieccy oprawcy mieli się dobrze. Z jednym wyjątkiem. Szeregowy Kokott wpadł przypadkowo, mieszkając po wojnie w Czechosłowacji. W 1958 roku wydano go Polsce i osądzono w Rzeszowie. Media nazwały go „diabłem z Łańcuta”. Kokott nigdy nie przyznał się do zabicia dzieci Ulmów. Wyrok śmierci złagodzono mu na dożywocie, a następnie na ćwierć wieku więzienia. Nie doczekał jednak wolności. Zmarł w 1980 roku, po 22 latach odsiadki.

Tymczasem człowiek, który 24 marca 1944 roku decydował o życiu i śmierci Ulmów, Szalów i Goldmanów, po wojnie… piął się po szczeblach kariery. Był... stróżem prawa – inspektorem policji w Esens w Niemczech Zachodnich. Umarł w zaciszu domowym piętnaście lat po wojnie, w poczuciu bezkarności za popełnione zbrodnie. Wydawało się, że tajemnicę z przeszłości zabierze do grobu. Jego rodzina i znajomi jeszcze długo żyli w niewiedzy.

Aż nadszedł rok 2013. W Markowej rozpoczęto już budowę Muzeum Polaków Ratujących Żydów, którego patronami uczyniono Rodzinę Ulmów. Inicjatorem powstania placówki był dr Mateusz Szpytma – obecnie wiceprezes Instytutu Pamięci Narodowej. Zainteresował się listem, jaki do Muzeum-Zamku w Łańcucie przesłała właśnie Greta Wilbers – córka Diekena, nieznająca prawdziwej przeszłości swego ojca.

„Jestem córką zmarłego Eilerta Diekena. Na podstawie listów wiadomo mi, że podczas wojny pełnił służbę w Łańcucie. Ku mojej radości wiem też, że wyświadczył ludziom wiele dobra. Zresztą niczego innego bym się nie spodziewała” – podkreśliła córka człowieka, który 24 marca 1944 roku w Markowej rozkazał zabić łącznie 16 osób – całą rodzinę Ulmów i ukrywanych przez nich Żydów, członków rodzin Goldmanów, Didnerów i Gruenfeldów.

Wilbers, nieświadoma tych zbrodni, napisała list w odpowiedzi na wcześniejszą korespondencję, podpisaną przez dyrekcję łańcuckiego muzeum i wysłaną do Esens za sprawą dr. Szpytmy.

Historyk, od lat badający losy rodziny Ulmów i ich oprawców, informował wówczas miejscowy posterunek policji o powstającym w Markowej Muzeum Polaków Ratujących Żydów. Prosił też o informacje o Diekenie. Nie wiadomo jak, ale pismo wysłane z Polski trafiło też do rąk córki zbrodniarza. Ta zaproponowała nawet, aby do muzealnej wystawy dołączyć pamiątki po ojcu. Była przekonana, że podczas okupacji pomagał ludziom.

W 2013 roku, w odpowiedzi m.in. na jej list, dr Szpytma pojechał do Niemiec. Spotkał się z Wilbers i przekazał jej kopertę z kartką, na której spisał fakty z wojennej przeszłości Diekena.

Prawda była brutalna: szanowany obywatel, pomocny sąsiad i kochający ojciec podczas wojny z zimną krwią mordował niewinnych ludzi.

 

Opcje strony

do góry